Marta i Adam Biernat “Rekin i Baran” – Islandia w pigułce

Kiedy myślę o Islandii mam przed oczami inny świat – mityczną krainę, w której czas się zatrzymał. Krajobraz pełen zieleni – gór, domów porośniętych mchem, wolno pasących się owiec. Krainę lodu, wciąż aktywnych wulkanów, zorzy polarnej, białych nocy i maskonurów. W końcu świat ludzi chłodnych, prostych, skromnych, znajdujących przyjemność w zwyczajnych, pożytecznych czynnościach, takich jak robienie na drutach czy opowiadanie sobie historii.
O tym maleńkim, choć jakże bogatym w historię i zwyczaje kraju ukazało się ostatnimi miesiącami sporo książek. Jak wszystko co skandynawskie, również i Islandia doczekała się swojego miejsca na rynku wydawniczym, bo – należy sobie przecież zadać to pytanie – jakże nie pisać o kraju tak pięknym? Trzeba by nie mieć sumienia, by pominąć miejsce tak wyjątkowe.
„Rekin i Baran” Marty i Adama Biernatów to czwarta tego typu książka o Islandii, której lektura zdumiewa niemalże tak samo mocno, jak sama wyspa.


Reportaż pisany jest kobiecą ręką, bowiem to właśnie Marta Biernat opowiada nam o Islandii w najpiękniejszych i najczulszych słowach, wypływających z głębi serca. Mąż jej, Adam, notabene, prowadzący razem z nią bloga o tym kraju (Bite of Iceland), podzielił się z czytelnikami fotografiami zapierającymi dech w piersiach. Pięknie ujęcia natury – krajobrazu i zwierząt – już po pierwszym spojrzeniu mówią nam wszystko o Islandii.

Marta Biernat wyjechała na wyspę już ze sporą wiedzą o tym kraju i tak też chce przygotować swojego czytelnika do ewentualnej tam podróży. Zaczyna sporą ilością faktów i ciekawostek, niezbędnych wiadomości i przestróg. Snuje swoją opowieść w sposób akademicki przez dość długi czas, jednak w momencie, kiedy wie, że czytelnik jej jest już dość dobrze przygotowany na spotkanie z Islandią, spuszcza nieco z tonu i raczy go większą ilością ciekawostek kulturowych, niźli historycznych.
Opowiada o wiecznie zdziwionych owcach, które widząc turystę z plecakiem najpierw wytrzeszczają oczy, a później gnają przed siebie na łeb, na szyję, co nawet największego gbura przyprawi o nieopanowany atak śmiechu. Przybliża nam Islandczyków poprzez rozprawianie o ich miłości do Eurowizji (zdecydowanie najważniejsze wydarzenie w ciągu całego roku), basenów, w których spędzają większość swojego wolnego czasu i robótek ręcznych (okazuje się, że bez kłębka wełny i drutów nie ruszają się z domu – swoje robótki zabierają nawet do klubów i barów, na wypadek, gdyby dopadła ich nuda). Ponadto sięga w głąb kultury i historii tego kraju, przytaczając dawne zwyczaje i wierzenia, które w wielu przypadkach są obecne w życiu Islandczyków do dziś.

„Rekin i baran” to książka bardzo konkretna, naszpikowana wiedzą i faktami o życiu na Islandii. Niemalże na każdej stronie zasypywani jesteśmy ogromną ilością informacji, które to szokują, to bawią, to uczą nas czegoś nowego. Nie ma w tym reportażu strony, która nie opowiedziałaby nam jakieś ciekawostki, nie przytoczyła historii, nie rzuciła pełną garścią dat i nazwisk. To całkowity przekrój Islandii – od wikingów, poprzez zmiany polityczne i ruch feministyczny, aż po ciężki islandzki język i zwariowane upodobania kulinarne Wyspiarzy.
Zdecydowanie jeden z lepszych reportaży, jaki miałam w ręku.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: