Arcydzieło życia Charlotte Brontë

Zanim przejdę do recenzowania „Villette” Charlotte Brontë, zobowiązana jestem, do opowiedzenia Drogim Czytelnikom, jak to cudeńko wpadło w moje ręce; podobno nie ocenia się książki po okładce, lecz gdybym tego nie zrobiła, prawdopodobnie nigdy w życiu nie sięgnęłabym po „Villette”. Poprzednia okładka przygotowana przez Wydawnictwo MG – ta nieco tajemnicza i mroczna – jakoś mnie do przeczytania nie zachęcała, z kolei ta nowa – notabene przypominająca absolutnie cudowne penguinowskie wydania – swym wdziękiem, powabem i urokiem zmusiła mnie wręcz, by w tempie natychmiastowym z książką się zapoznać.
W te ostatnie upalne, sierpniowe dni przeniosłam się zatem do nieco mglistej i deszczowej Francji razem z młodą Angielką, Lucy Snow.

Nikt nie puszcza się na rwące, zmącone wody miłości, jeśli nie przyświeca mu gwiazda nadziei.

Lucy w wyniku ciągu nieszczęśliwych wydarzeń straciła niemalże wszystko: rodzinę, dach nad głową, przyjaciół, jej serdecznych opiekunów i wszelakie środki finansowe, dzięki którym mogłaby jakoś przeżyć ten „najbliższy czas”. Pod wpływem impulsu decyduje się na podróż swojego życia – rozważywszy wszystkie „za” i „przeciw” jest pewna jednego: nie ma już nic, co mogłaby stracić, nijak nie ryzykuje. W akcie desperacji, niczym tonąca brzytwy, czepia się nadziei, że podróż morska do Francji zdoła odmienić jej życie. Tam ma zacząć wszystko od nowa.


Po przybyciu do Francji Lucy trafia do małej, malowniczej miejscowości o dźwięcznej nazwie „Villette”. Los postanawia wynagrodzić jej wszystkie nieszczęścia, które wcześniej jej zgotował i tam, w obcym zupełnie państwie, prowadzi ją za rękę. Szukając dachu nad głową Angielka poznaje Madame Beck, która ostatecznie daje jej pracę na prowadzonej przez siebie pensji dla dziewcząt. Zaczyna od drobnych zadań, by w końcu – po przyswojeniu sobie dźwięcznego francuskiego – stać się tam nauczycielką języka angielskiego. Stawia czołom młodym, nieposkromionym i rozbrykanym dziewczętom, nieustannie sprzecza się z Monsieur Paulem Emanuelem, znosi jego zmieniające się z chwili na chwilę humory, w końcu co raz bardziej zagłębia się w toczące się tam, w szkole Madame Beck, życie towarzyskie. Stara się żyć skromnie, cicho i spokojnie, skupiając się na pracy… lecz nie zawsze wszystko toczy się w taki sposób, w jaki sobie wymyśliła. Z czasem Lucy zaczyna coraz więcej znaczyć dla szkoły, mimowolnie zostaje wplątana w szereg różnych, dziwnych zdarzeń, odkrywa tajemnice, rzeczy wcześniej dla niej niezrozumiałe. Odnajduje tych, których straciła przed laty i powoli, powoli otwiera swoje serce na uczucia drugiej osoby. Mimo iż powtarza, że lepiej być całe życie samotną, niż mieć złamane serce, w końcu i ona sama wpada w szpony miłości – miłości trudnej, patetycznej i – do pewnego czasu – również platonicznej.

„Villette” jest powieścią snującą się powoli, markotnie, leniwie. Brak tu wielu zwrotów akcji, które napędzałyby fabułę – liczą się słowa, uczucia, myśli, rozważania i rozterki bohaterów. Przez tę jej powolność czytelnik jest w stanie bardziej wczuć się w cudowny, spokojny i deszczowy francuski klimat. Niewątpliwym atutem powieści jest fakt, że Brontëoparła ją na motywach autobiograficznych. W rzeczywistości pod nazwą miasteczka Villette skrywa się Bruksela, a zakazaną miłością – Constantin Héger. W 1842 roku dwie siostry – Charlotte i Emily Brontë– wyjeżdżają do Brukseli, by podjąć nauczania w szkole prowadzonej przez Mr’a i Mrs Héger. Chcą podszkolić swój język, stać się bardziej biegłymi. Charlotte ma uczyć angielskiego, Emily zaś podejmuje się nauczania muzyki. Ich pobyt tam szybko się jednak kończy, kiedy po śmierci ich matki, opiekę nad dziewczętami przejmuje ich ciotka. Nie minie rok, zanim Charlotte ponownie nie wyjedzie do Brukseli… jej drugi wyjazd okaże się jednakże fatalny w skutkach, bowiem nieszczęśliwie zakochana w Constantinie Charlotte będzie znosić najgorsze i najsilniejsze udręki serca, jakich zaznać może kobieta. To stanie się inspiracją do napisania słów: lepiej całe życie być samą, aniżeli mieć złamane serce. Miłość do dyrektora szkoły i nauczyciela, Hégera, stanie się inspiracją do napisania „Villette” i „Profesora”.

„Villette” to piękna, pełna mądrości i uczucia książka o miłości – ale nie tylko. Pośród – na przemian – złamanych i uradowanych serc, sporo tutaj ludzkiej niedoli, pechu i radości, zrywów szaleństwa i rozwagi. To klasyka literatury angielskiej, jedno z największych jej arcydzieł. Doskonała na zbliżające się wieczory – długie, jesienne dni, podczas których książka cieszy najbardziej.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: