Jakub Ćwiek “Drobinki nieśmiertelności” – śladami amerykańskiej popkultury

Ćwiek tworzy literaturę, która nie do końca mnie interesuje, bo nie trafia w moje książkowe gusta. Powieści fantastycznych, które przeczytałam, nie mogłabym policzyć nawet na palcach jednej ręki, tak jest ich mało. Wciąż obiecuję sobie, że nadrobię klasykę i sięgnę po LeGuin, po Tolkiena, czy choćby po Harry’ego Pottera, bo do sagi J.K. Rowling też nigdy mnie nie ciągnęło. Zawsze jednak w ręce wpada mi inna pozycja, która każe spychać na bok fantastykę… Tak też było z „Drobinkami nieśmiertelności”, które wzięły na swojego barki (a może kartki?) ciężar oswojenia mnie z autorem przed sięgnięciem po inne jego dzieła. Bo – trzeba nadmienić – to rzecz zupełnie inna niż te, do których Ćwiek przyzwyczaił swoich czytelników. Podróż po Ameryce śladami własnej POPświadomości zainspirowała autora, by dotknąć sedna amerykańskości i przelać swoje przeżycia na papier. Tym sposobem powstało 14 zaskakujących „amerykańskich” opowiadań.

Opowiadania pełne popkultury

Zaczynając tę książkę mylnie przypuszczałam, że w „Drobinkach” zetknę się z zacięciem reporterskim pisarza. Myślałam, że 14 opowiadań, z których każde ma miejsce w innym stanie i w innym mieście, będzie naznaczone sporą dozą realizmu. Słowem: wydawało mi się, że ta książka to opowieści o Ameryce, a nie opowiadania, których głównym bohaterem są właśnie Stany Zjednoczone. Chociaż spodziewałam się czegoś zupełnie innego, nie mogę powiedzieć, bym była niezadowolona, wręcz przeciwnie – odkrywając książkę z każdą stroną byłam coraz milej zaskakiwana.
Szczególnie w pamięć zapadło mi pierwsze opowiadania, stanowiące zarazem tytuł dla książki, przez swoje nietypowe, aczkolwiek absolutnie fantastyczne zakończenie. Nie wszystkie opowiadania są sobie równe, nie wszystkie można określić mianem „bardzo dobrych”, zdarzają się banalne rozwiązania albo zbyt szybkie rozwinięcia akcji. Lecz taka jest właśnie Ameryka – obfita w przesadę i przesyt, głośna, szumna, pełna splendoru…

Próbując zdefiniować Amerykę

Jakub Ćwiek swoimi opowiadaniami dotyka sedna amerykańskości, zanurza się w ich kulturze i popkulturze, by później przedstawić ją nam, Europejczykom. Dlatego z ogromnym zaciekawieniem śledziłam wzmianki o serialu The walking dead, który sama wiernie śledzę od samego początku, będącym dla Amerykanów ogromnym przeżyciem, czytałam o święcie Halloween, który chcąc–nie chcąc Amerykanie muszą obchodzić, o legendzie Hollywood czy choćby o amerykańskiej prowincji, którą też Jakub Ćwiek naznacza swoim piórem.
Nie sposób nie zauważyć, że pisarstwo Ćwieka przypomina nieco pióro Stephena Kinga, amerykańskiego mistrza grozy. Chociaż nie ma tu nic z fantastyki, dlatego ciężko byłoby „Drobinki nieśmiertelności” porównać do jakiejkolwiek powieści Kinga, tak z łatwością można dostrzec podobieństwo stylu, jeśli sięgniemy po najlepsze opowiadania Amerykanina.

„Drobinki nieśmiertelności” to w całości zbiór dobrych, interesujących opowiadań. Czyta się je z łatwością i przyjemnością. Zbliżenie się do sedna amerykańskości może okazać się ciekawym czytelniczym doświadczeniem. Z czystym sumieniem polecam tym, którzy na chwilę chcą oderwać się od rzeczywistości i całkowicie zatopić w powieściowym świecie – świecie wielkiej, przerysowanej, różnorodnej Ameryki.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: