Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską “Jaka piękna iluzja”

„Włoskie szpilki” Magdaleny Tulli były jedną z pierwszych zrecenzowanych przeze mnie książek. Sięgnęłam po nie za radą mojej polonistki (i tym samym wychowawczyni) z liceum, później uzupełniłam jeszcze „Szumem”, który daleko bardziej mi się podobał. Dwie inne pozycje, a jednak takie same – traktujące o tym samym. Bo Tulli właściwie wciąż krąży wokół tych samych tematów – traumatycznego dzieciństwa i dzieci, które na wychowanie biorą rodziców. Wokół ciszy, milczenia i niezrozumienia. Obcości, inności, niedopasowania… Za każdym razem opowiada o tym jednak w nieco inny sposób, bawi się słowem, wykorzystuje je, przekształca, za ich pomocą tworzy świat tak namacalny, jak ten prawdziwy. Nie przeczytałam nic, poza tymi dwiema powieściami – na jakiś czas byłam syta, usatysfakcjonowana. Kiedy jednak zaproponowano mi egzemplarz recenzencki rozmowy z autorką, bez wahania sięgnęłam po „Jaką piękną iluzję”.

Jeśli czegoś nie dostaniesz we wczesnym dzieciństwie, to choćbyś nie wiem jak tego potrzebowała, w końcu jest tak, że nie umiesz tego przyjmować. Nie dostaliśmy miłości – nie umiemy przyjąć miłości. Nie dostaliśmy współczucia – nie umiemy przyjąć współczucia. I może przez resztą życia jakoś się tego nauczymy, ale mistrzami już raczej nie będziemy.
Może się zdarzyć, że część życia trzeba przeżyć całkiem bez miłości. To trudne i niszczące, ale nie doszczętnie.

Rozmowa o wszystkim

Justyna Dąbrowska i Magdalena Tulli dotykają tematów tak abstrakcyjnych – jak uczucia; smutek, gniew, miłość, jak i namacalnych, otaczających nas każdego dnia; rozmawiają o wychowaniu dzieci, o uchodźcach, o przyszłości, czyli życiu zawodowym, o przemocy. O sile, o wolności, o muzyce i książkach. Już pierwszy rozdział – w którym autorka wspomina swoje dwa porody, oba przeżyte w warunkach domowych, wciąga doszczętnie. Później, jak się okazuje, jest tylko lepiej, bo i tematy są czytelnikowi – zwłaszcza takiemu zaznajomionemu z jej prozą – bliższe.

Część o książkach

Rozmowa toczy się z jednej strony powoli, z drugiej bardzo dynamicznie. Powoli, bo jest na nią czas, można przy kubku gorącej herbaty rozmawiać do świtu. Dynamicznie, bo tempo zmieniania się tematów jest wysokie, wymiana zdań i doświadczeń zażarta i interesująca. To nie tylko Tulli opowiada, czasem pałeczka jest po stronie Dąbrowskiej, która na podstawie swoich przeżyć wyciąga pewne wnioski i stara się przekonać do czegoś autorkę.
Zafascynował mnie rozdział poświęcony – naturalnie – książkom; ich pisaniu i trzymaniu w domu. Bo chociaż pisze fenomenalnie, Tulli wcale dużo nie czyta. A raczej: czyta, ale niesamowicie powoli. Czasem porzuca książki w połowie i pozwala im patrzeć na siebie z wyrzutem. Czasem nie doczytuje w ogóle, jeżeli nie czuje takiej potrzeby. Specyficzny jest też jej sposób porządkowania biblioteczki – nie alfabetycznie, nie tematycznie, lecz rosnąco według jej własnego kryterium ważności.
Momenty, w których Tulli opowiadała o swoim dzieciństwie – jak robiła to we „Włoskich szpilkach i szumie” chwytały mnie za serce, tym bardziej więc przeżyłam zakończenie, którym jest rozmowa o śmierci, o tym, że na koniec życia z człowieka i tak nic nie zostanie.

A życie najbardziej jest mi potrzebne do tego, żeby robić coś swojego, jeśli tylko mam co jeść i mam wybór.

Książka, która zapada w pamięci

„Jaka piękna iluzja” to rozmowa bardzo inteligentna i elokwentna, którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim – nie tylko fanom twórczości autorki. Poruszając tematy tak bliskie każdemu człowiekowi, Tulli i Dąbrowska przybliżają nam codzienność, lecz co najważniejsze – mówią o niej w sposób mądry, niepochopny, przemyślany. Chwilę dłużej niż nad innymi rozdziałami, pochyliłam się na tym o uchodźcach. Tulli zadaje Dąbrowskiej pytanie, czy myśli o nich codziennie? Czy żyjąc w swoim wygodnym życiu, zajmując się wszystkimi prostymi – wręcz banalnymi – w naszym świecie rzeczami, chociaż raz przemknie jej przez myśl ta płynąca łódź, na której ludzie toną i tylko niektórzy mają to szczęście, by otrzymać szansę na względnie normalne życie? Myśli, odpowiada bez wątpienia, nawet do paru razy dziennie. Ale to przecież nic, bo nie potrafi z tym nic zrobić, niczyjej duszy uratować. Czy mamy obowiązek pomagać? Jak definiujemy tą pomoc? Dlaczego odwracamy twarz i stawiamy warunki?
Nieco ponad dwieście stron, ale ileż tu nieskończonych myśli, zawieszonych w powietrzu pytań, błądzących po głowie… Do przeczytania parę razy, do przemyślenia i do przeżycia. Fenomenalna i bardzo mocna, odważna rozmowa.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: