W ubiegłym roku przeczytałam 83 książki i uważałam, że to całkiem dobra liczba. Każdą wolną chwilę spędzałam z książką. Literatura była dla mnie lekarstwem na wszystko – na smutki i złość, melancholię i nostalgię, a nawet na radość i szczęście działała jeszcze bardziej krzepiąco. Teraz udało mi się przeczytać 100 książek, a pod względem czytelniczym wrzuciłam bardziej „na luz”. Nie wiem jak to zrobiłam, ale dobrnęłam do liczby, o której zawsze marzyłam, chociaż wydawało mi się to niemożliwe – nawet jeśli znałam osoby, które przeczytały tych książek w ciągu roku jeszcze więcej. W weekendy czytałam mniej, bo po pierwsze po dziesięciu godzinach spędzonych na uczelni zwyczajnie nie miałam siły sięgać po książkę, a w okresie wakacyjnym niemalże każdą sobotę poświęcałam widywaniu mojej miłości. A że wyszło tak, że początkowo odległość pozwalała nam się spotykać tylko w weekendy, to jakoś sobie radziliśmy… Nie zmuszałam się do czytania, nie czytałam każdego dnia. Sięgałam po książkę kiedy miałam na to ochotę… i właśnie to jest przepis na szczęście! Bo chyba właśnie tym sposobem udało mi się ich przeczytać setkę. W związku z tym – i w związku z końcówką roku – warto byłoby zrobić jakieś podsumowanie, choć muszę przyznać, że podchodziłam do niego, jak do jeża.


Ten rok był dla mnie bardzo nierówny. Zaczął się właściwie nijako, choć od fenomenalnej powieści – bo w styczniu mogłam cieszyć się przygodami „Hrabiego de Monte Christo” Aleksandra Dumas. Spędzałam wieczory samotnie w łóżku, zapraszając do siebie jedynie co lepszych bohaterów książek… Wszystko zmieniło się w kwietniu, kiedy poznałam miłość mojego życia. Dzieliła nas odległość i chociaż byłam pewna, że to nas pokona, to tylko dodała nam ona skrzydeł. Tym piękniej, że to historia właśnie jak z tych najbardziej ulubionych książek. Mój chłopak twierdzi, że zakochał się we mnie już po kilku dniach korespondencyjnej znajomości… a ja się z niego śmiałam, przez cały ten czas wyśmiewałam jego uczucie. Później, w maju przyjechał, chociaż nie wierzyłam, że będzie mu się chciało pokonać kilometry tylko dla mnie. Początkowo spotykaliśmy się na mieście, w lipcu oficjalnie zostaliśmy parą. Choć nikt nie wróżył nam przyszłości, dalej pisaliśmy do siebie listy, rozmawialiśmy długie godziny wieczorami i spotykaliśmy się niemalże każdej soboty. Ciężkie to były dni, kiedy komuś z nas w weekend coś wypadało i musieliśmy czekać kolejny tydzień, by znów chwycić się za ręce i przespacerować się po mieście… Żeby nie zanudzać Was bardziej moimi uczuciami powiem tylko, jaki był finał tej historii. W październiku przeprowadził się do mojego miasta. Rzucił wszystko dla mnie, wyjechał z dnia na dzień, nie będąc nawet pewnym, czy znajdzie mieszkanie i pracę. Wszystko się udało, pani wynajmująca mieszkanie przyjęła go od razu, na rozmowę kwalifikacyjną poszedł zaraz na drugi dzień. Teraz jesteśmy razem każdego dnia, a mimo to i tak bardzo tęsknię, kiedy na parę dni wraca w rodzinne strony.

Oprócz tej naszej pierwszej randki, która była też naszym pierwszym spotkaniem w prawdziwym świecie, w maju dostałam się również na staż w wydawnictwie SQN. To niewątpliwie dodało mi skrzydeł, pozwoliło uwierzyć w swoje możliwości, poznać pracę w książkach od środka i nauczyć się wielu wspaniałych rzeczy. Staż ten był jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w tym roku, która tym bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że w przyszłości chcę być panią, która „robi w książkach”.

Końcówka roku, jak cały ten 2017, była dla mnie tak samo nierówna. Raz z górki, raz pod górkę. Zrobiłam kurs prawa jazdy, ale jeszcze nie udało mi się zdać egzaminu. Nie mniej jednak jestem z siebie dumna, że odważyłam się, by wsiąść do „L-ki”, wyjechać na drogę, podejść do egzaminu… Jeżeli w 2018 roku pójdę do dentysty – nie zmuszona przez ból – chyba pokonam wszystkie swoje strachy w życiu.

Przy okazji przygód z książkami, miałam też okazję „rozwinąć” się nieco fotograficznie. Co prawda nie mogę się porównywać do tych najlepszych blogerów, jednak sama siebie muszę pochwalić, bo zdjęcia robię o wiele ładniejsze i lepiej skomponowane, niż w roku ubiegłym. Zaczęłam też fotografować naturę, do czego zainspirowała mnie budząca się do życia przyroda po długim zimowym śnie.

No dobrze, ale gdzie te konkrety? Chyba czas już przejść do podsumowania? Z pewnością wyobrażacie sobie, że niełatwo jest wybrać z tej setki swoje ulubione i mniej ulubione książki. Zacznę jednak od literatury polskiej, żeby było nieco łatwiej, bo w końcu wybór tu znacznie węższy.

Dwiema książkami, które mnie zachwyciły są:
1. „Rdza” Jakub Małecki
2. „Jaka piękna iluzja” Magdalena Tulli, Justyną Dąbrowską


Literatura zagraniczna, która mnie porwała, to:
3. „Beatlesi” Lars Saabye Christensen
4. „Niksy” Nathan Hill
5. „Ekspedycja” Bea Uusma
6. „Amerykańska sielanka” Philiph Roth
7. „Dżentelmen w Moskwie” Amor Towles
8. „Agonia dźwięk
ów” Jaume Cabre


Dwa klasyki, które skradły moje serce w pierwszej połowie tego roku:
9. „Hrabia Monte Christo” Aleksander Dumas
10. „Trzej muszkieterowie” Aleksander Dumas

Dodatkowo wyśmienicie bawiłam się dzięki tym powieściom:
1. Tove Jansson “Lato”
2. Stephen King “Cmętarz zwieżąt”
3.  Philiph Roth “Kiedy była porządną dziewczyną”

Nie obyło się również bez tych nieudanych przygód z literaturą… Na szczęście w całej tej setce książek znalazły się tylko dwie, które mnie nie przekonały:
1. „Buntownicza młodość” C.D. Payne
2. „Teatr Sabata” Philiph Roth

Zamykając ten rok nie sposób nie wspomnieć o najpiękniejszych okładkach. Było ich wiele – jak co roku. Zachwyca oczywiście seria EKO wydawnictwa Marginesy czy klasyki wydawane przez MG. Ciężko było wybrać kilka, które w jakiś sposób mnie urzekły. Przed Wami 4 z nich, które mnie oczarowały… nie ma wśród nich “Ekspedycji”, która zasłużyła na pierwsze miejsce za całe graficzne opracowanie – bo to nie tylko książka o podróży, lecz podróż dzięki tej książce.

Sami widzicie, że przynajmniej czytelniczo rok 2017 był bardziej równy i udany. Mam nadzieję, że 2018 mu dorówna… a plany na ten nadchodzący Nowy Rok? O tym w kolejnym wpisie.
A może pochwalicie się w komentarzach, co udało się przeczytać Wam?

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: