Prawdziwy Londyn wygląda inaczej, niż myślisz

Piękno ma to do siebie, że każdy chce być choć w najmniejszej części jego posiadaczem. Mężczyźni od zarania pragną pięknych kobiet, a te piękne kobiety pięknych ubrań i kwiatów, pięknych dzieci i domów. Każdy z nas chce być piękny i w każdym z nas drzemie marzenie, by mieszkać w miejscu wyjątkowym – takim, którym będziemy mogli się chwalić innym, którego obcy będą nam zazdrościć. W miejscu, które da nam szansę, da możliwości, a jednocześnie nasyci oczy i duszę pięknymi widokami.

Jedną z najpiękniejszy stolic świata jest bez wątpienia Londyn. Jednak dziś ciężko jest już wyobrazić sobie Londyn w taki sposób, w jaki wyglądał jeszcze kilkanaście lat temu. Wycieczkowe piętrowe autobusy, czerwone budki telefoniczne i Anglicy mówiący cockney english giną gdzieś w gąszczu napływających wciąż fal imigrantów – Hindusów, Arabów i Turków, Nigeryjczyków, Jamajczyków, Polaków, Ukraińców, Francuzów… W tym jednym z najpiękniejszych angielskich miast co raz mniej jest Anglików, co raz więcej imigrantów. Doszliśmy do momentu, kiedy wyższe klasy angielskiego społeczeństwa wyprowadzają się ze swoich domów, ustępując miejsca obcym.

Ale kim są właściwie ci „obcy”? I czym jest ten nowy Londyn?

Rodzina Bena Judaha, autora „Nowych Londyńczyków” również wyemigrowała do Anglii przed laty. Judah jest Żydem i tak jako Żyd, jak i też jako Anglik, wyrusza w ślad za emigrantami – legalnymi i nielegalnymi – starając się wtopić w ich środowisko, zobaczyć jak żyją, znaleźć odpowiedź na pytanie czym jest dla nich Londyn i kim oni są dla Londynu. Początki jego pracy nad książką są tradycyjne – stara się znaleźć imigrantów i ich poznać, porozmawiać z nimi i w ten sposób budować swoją książkę. Jednak właśnie podczas takiej rozmowy, jeden z nich uświadamia mu, że nigdy nie dowie się, jak to jest być bezdomnym i obcym, jeśli nie spędzi ani jednej nocy na ulicy. Dziennikarz decyduje się więc, by wieść życie koczownicze, spać w tunelach, stawiać opór kradzieży i pobiciu – jeżeli zajdzie taka potrzeba i przyglądać się, jak inni żebrzą. Wysłuchuje setki historii, a każda kolejna przyprawia go o dreszcze.

Biali Brytyjczycy stanowią w Londynie zaledwie 18% populacji. Na ulicach o wiele częściej niż Anglika, spotka się Polaka, Pakistańczyka czy Rumuna. Imigranci okupują w Londynie dzielnice, które zwykli już nazywać „swoimi”, potrafią być łagodni albo niebezpieczni. Wielu z nich przyjechała do Londynu, licząc, że spełni się ich „british dream”, uważając Anglię za mniejszą Amerykę, w której z biedaka można stać się milionerem. Zostawili domy, rodziny, przyjaciół. Obiecali, że będą wysyłać do kraju pieniądze, a za kilka miesięcy sprowadzą do Londynu resztę rodziny – potrzebują jedynie czasu, by się przyzwyczaić do nowych okoliczności. Widząc pełne półki sklepowe wydawało im się, że trafili do raju. Wielu z nich nie wiedziało nawet, że żeby tam mieszkać i pracować potrzebuję szeregu dokumentów – pozwolenia na pobyt, pozwolenia na pracę… Pierwszy raz widząc policjanta uśmiechali się szeroko i machali do niego, krzycząc „hello”. Kiedy widzieli go już kolejnym razem, uciekali co sił w nogach, byle tylko nie trafić do więzienia.

Według imigrantów, najgorsi są czarni, ale o tym mówić nie wolno – Królowa życzy sobie, by w jej Państwie każdemu okazywać szacunek, szczególnie ludności czarnoskórej. Jednak to wśród nich najwięcej jest przestępczości – bójek, rozbojów, kradzieży, handlu narkotykami, zabójstw. Polacy od bijatyk nie stronią, ale jest w Londynie jedna grupa, której się boją – Albańczycy. Rumuni żyją w ciągłym niezadowoleniu i przekonaniu, że nikt ich nienawidzi, a najbardziej nienawidzą ich Anglicy, bo podczas wojny sympatyzowali z Hitlerem. Tacy najczęściej skazani są na żebry, chociaż żebrać nienawidzą. Ale czasem się uda – najwięcej zarabiają kobiety (najlepiej niepełnosprawne kobiety) i dzieci. Mężczyznom nie idzie – ludzie nie okazują współczucia żebrzącym młodym mężczyznom.

Londyn jest jak jeden wielki gotujący się kocioł – poza Anglikami (w coraz mniejszej ilości) trafili do niego nieudacznicy, marzyciele, desperaci z innych krajów. Niektórym się udało, jednak zdecydowanej większości nie. Ben Judah decyduje się by poznać losy ich wszystkich – rozmawia z biedakami i z bogaczami. Zagląda do kanałów, w których śpią żebracy, do mieszkań w których mieszkają Polacy, pokojów, w których tłoczą się Hindusi i do bogatych arabskich i rosyjskich domów, których właściciele mają prywatne samoloty, a jednak do szczęścia brakuje im wiele. Rozmawia z prostytutkami, złodziejami, narkomanami, budowlańcami, córkami szejków. Zadaje im wiele pytań, w wśród nich: Jak Ci się żyje w Londynie? Tęsknisz za domem? Co myślisz o Anglikach? A oni mu odpowiadają – z początku nieśmiało, ale z czasem wylewają przed nim wszystkie swoje żale.

„Nowi Londyńczycy” to fenomenalny reportaż, od którego ciężko się oderwać. Całkowicie obiektywny, w którym przeważają wspomnienia imigrantów – ich smutki i tragedie, ale też drobne radości, odnalezienie siebie i swojego miejsca na ziemi. Cieszy mnie to, że autor niczego nie pominął, każdej grupie imigrantów poświęcił tyle miejsca, ile tylko było możliwe – dość spory fragment jest zresztą o naszych rodakach, wśród których znajdują się ci, co piją, bo im się nie udało, ci, co marzą o wielkim domu, więc przyjechali na niego zarobić i ci, co przyjechali na chwilę, ale zostali na dłużej.
To książka pokazująca Londyn z tej drugiej, prawdziwej perspektywy. Jak dla mnie, lektura obowiązkowa dla każdego w ten czy inny sposób związanego z Londynem – rodziną, marzeniami, planami. Lektura trudna, poruszająca niewygodne tematy, ale obowiązkowa. Dziś, kiedy europejskie ulice zapełnione są coraz większą liczbą osób przybyłych z odległych krajów, szczególnie nie wolno pomijać tego tematu. O tym po prostu trzeba mówić!

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: