Czytanie „Mojej Walki” Karla Ovego Knausgarda jest dla mnie zawsze, jak spotkanie ze starym, dobrym przyjacielem – czasem go nie rozumiesz, czasem jesteś zdziwiony, że aż tyle się u niego zmieniło, potrafi Cię wkurzyć jak nikt, przeciąga Wasze spotkanie aż do białego rana, mimo że wie, że musisz się wysypiać, bo pracujesz, ale ostatecznie i tak wychodzisz ze spotkania z uśmiechem na ustach.
Przed ukazaniem się szóstego tomu „Mojej walki” zadawałam sobie pytanie: Co będzie potem? Nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której żaden tom nie będzie na mnie czekał, ani ja nie będę miała możliwości czekać na niego, bo już wszystkie się ukazały. Stało się jednak, a ja odczuwam ogromny smutek i pustkę, bo ten szósty tom – ostatni – był naprawdę bardzo dobry.

O czym pisze Knausgard? Właściwie można to streścić w paru zdaniach, bo pisze ciągle o tym samym; jednym z trzech głównych poruszanych w tej części tematów jest wiszące nad nim widmo procesu. Karl Ove nadepnął na odcisk nie jednej osobie, wydając „Moją walkę” i pomimo że zaoferował zmianę imion i nazwisk, nie wszyscy zgodzili się, by występować w jego powieści. Dla jednych była to lektura bolesna i oczyszczająca, kiedy czytając ją przeżywali coś na zwór greckiego khatarsis, dla innych dość zabawna i nostalgiczna, bo opisywała stare czasy z perspektywy jednego ich bohatera, często wkładającego w usta swoich przyjaciół zdania, które być może nigdy nie padły. Nadszedł w końcu ten dzień, kiedy po trudach przebrnięcia przez meandry słów, akapitów, zmian, dzielenia treści, „Moja walka” ma się ukazać drukiem. Knausgard wysyła wszystkim, którzy są wspomniani lub występują w jego powieści maila z załącznikiem z książką i obsesyjnie sprawdza odpowiedzi. Przed każdym listem musi się uspokoić i wyciszyć – zebrać na odwagę, by go przeczytać. O ile jednak najbliższe mu osoby – Yngve, Sisel, Linda – nie mają mu nic do zarzucenia, problem nadciąga niczym huragan ze strony rodziny Knausgardów; oto Gunnar, stryj Karla Ovego, brat jego ojca, nie zamierza dopuścić do tego, by „Moja walka” ukazała się drukiem. Zarzuca mu kłamstwo i oczernianie Knausgardów – chęć zrobienia kariery i zarobienia pieniędzy na szkalowaniu publicznie porządnych ludzi… Zaczynają się problemy. Knausgard znowu ma pod górkę.


Nie potrafię nie lubić Knausgarda za szczerość, którą ukazuje nam w „Mojej walce”. Otóż można by mu zarzucić nawet i kłamstwa czy hiperbolizację otaczającej go rzeczywistości, jednak cały cykl broni się podtytułem „Powieść”, który wskazuje, że nie wszystko musi być prawdziwe, że to odbiór subiektywny i autorski. Poza tym on sam niejednokrotnie wypada w swoich książkach gorzej, niż ludzie, o których pisze.
Knausgard kończy „Moją walkę” opisem rzeczywistości, jaką zmuszony jest dzielić sam z dziećmi, kiedy jego żona, Linda, nagle poważnie zapada się w chorobie psychicznej. O tej części nie chcę w ogóle w recenzji opowiadać, bo uważam, że ci, którzy prozę Knausgarda lubią i szanują, powinni przeczytać ją sami, bowiem tam – wśród całej tej rozpaczy i tragedii rodziny – odnajdujemy w końcu Knausgarda najbardziej prawdziwego i autentycznego spośród wszystkich części: zmęczonego ojca, starzejącego się mężczyznę i męża, który nie zawsze jest w stanie pomóc swojej żonie. Knausgard próbuje sobie radzić, ale nie zawsze mu się udaje, czasem coś zaniedba: pisanie, żonę, dzieci. Ogarnia go lęk i strach: a co, jeśli sobie nie poradzi?


Szósty tom mógłby się stać moim ulubionym gdyby nie znajdujący się w środku esej, poświęcony osobie Hitlera. Dokonując porządków po zmarłych, Knausgard znalazł nazistowską naszywkę w rzeczach ojca i „Mein Kampf” w biblioteczce babci. Skąd to się tam wzięło? Był przekonany, że nikt z nich w żaden sposób nie było powiązany z fascynacją Hitlerem. Może ktoś im podarował? Może znaleźli? Zainteresowany tą tajemnicą, rodzinną zagadką postanowił poświęcić tematowi wojny kilka stron. Oszołomiony niegdyś okrucieństwem wojny spędzał długie miesiące, oglądając czytając reportaże z ludobójstwa. Zyskał w tej dziedzinie bardzo wiele wiedzy, dlatego jego esej z kilku stron rozrósł się do kilkaset, a wszystko po to, by przekonać czytelnika, że Hitler był zwykłym człowiekiem, takim, jak my. Miewał problemy rodzinne, chodził do szkoły, uczył się i oblewał, pragnął być kimś więcej niż tylko sobą, mył podłogi. Knausgard przekonuje nas, że Hitler, pomimo tego, w jaki sposób go postrzegamy, był tak naprawdę tylko człowiekiem i w każdym z nas, ktoś taki jak on, może się obudzić, a nazizm i ludobójstwo z okresu II wojny światowej może się powtórzyć, bo te zbrodnie nie było wcale nieludzkie – wręcz przeciwnie, były bardzo ludzkie.

Księga 6 „Mojej walki” to najbardziej osobista część z wszystkich napisanych. Knausgard daje nam się poznać całym; pokazuje swoje wady, ale też zalety. Mówi, że czasem się mylił i był niemiły. Pokazuje siebie z najbardziej intymnych stron, kiedy czuje się źle. Puszcza do czytelnika oko i przyznaje się, w której części kłamał. Przyznaje się do wszystkiego, a że prześladuje go koszmar procesu, staje przed nami, jak przed sądem. Jego walka dobiegła końca. Przygotujcie się, bo będzie mówił długo, ale gwarantuję Wam jedno: nie raz Was rozbawi, nie raz wzruszy do łez i nie raz – jak to ma w zwyczaju – postawi Was w niekomfortowej sytuacji.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: