Heather Morris “Tatuażysta z Auschwitz” – kochać czy nienawidzić?

To mogłaby być jedna z wielu zwykłych historii miłosnych: poznają się w momencie, kiedy oboje znajdują się w fatalnej sytuacji, mając na głowie masę problemów. On jej mówi, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie, a ona mu wierzy, chociaż zdaje sobie sprawę, że bynajmniej nie teraz, kiedy wyglądem nie przypomina człowieka, tylko wesz. No właśnie, wesz. Taką, co to musi zginąć pod butami prześladowców, zdeptaną bez godności.

To nie miejsce na miłość

To mogłaby być jedna z wielu miłosnych opowieści, bo przecież dawał jej czekoladki, a nawet udało mu się zerwać dla niej jednego kwiatka. Gdyby chciał, to i diamenty by jej dał.
Mogłaby. Ale nie jest. Bo miejsce, w którym znajdują się Lale i Gita naznaczy nie tylko ich do końca życia, ale odciśnie się piętnem na całej ludzkości. Bowiem historia Lalego i Gity rozpoczyna się w Auschwitz.

Szczęście sprzyja lepszym?

Lale jest szczęściarzem, bo zawsze spada na cztery łapy – jak kot. Gita w szczęście nie wierzy, ale zrywa czterolistne koniczynki i daje je esesmanom, żeby uniknąć kary albo dostać dodatkową porcję chleba. Poznają się, kiedy on zbliża igłę do jej skóry, zamierzając naznaczyć ją do końca. Jest Tatowiererem, tatuażystą z Auschwitz.

Początkowo się opierał, bo o ile mężczyzn mógł tatuować, tak nie chciał ranić tych nieskalanych kobiecych ciał. Szybko jednak zrozumiał, że żeby żyć, musi robić wszystko, aby uniknąć śmierci. Słuchać rozkazów, nie patrzeć w oczy, przytakiwać, nie opierać się. Jako dwudziestosześciolatek ma głowę wypełnioną planami i marzeniami. Często myśli o kobietach, które przychodziły do sklepu ojca – o ich zapachu, dotyku, delikatności i ulotności polnych kwiatów. Wszystkie z nich kochał, ale żadna nie zdobyła serca. Udało się to uczynić tylko jednej – łysej Gicie w pasiastym ubraniu.

Kiedy ją poznał, obiecał sobie jedno – że zrobi wszystko, aby ją uratować. A później będą się mogli kochać kiedy i gdzie będą chcieli.

Jako Tatowierer Lale miał uprzywilejowaną pozycję – był chroniony, dostawał dodatkowe racje, jeśli chciał, mógł nawet poprosić o przysługę, licząc się oczywiście z konsekwencjami. Z czasem zaczął robić pożytek z funkcji, jaką obejmował – szmuglował jedzenie dla kolegów z baraku nr 7, obdarowywał Lizę czekoladą i przekupywał innych. Ale jak długo kot może spadać na cztery łapy? Z czasem sprawy zaczęły się komplikować, a Lale przestał być ważny…

Heather Morris została wybrana przez Lalego Sokołowa, by opowiedzieć tą historię i podzielić się nią z całym światem. Bohater – Lale Sokołow – zdecydował się na wydanie książki dopiero po śmierci swojej małżonki, Gity.

“Tatuażysta z Auschwitz” – czego tu brakuje?

Chociaż „Tatuażysta z Auschwitz” to historia niezwykłej miłości zrodzonej w miejscu beznadziejnym, brakuje jej nieco na autentyczności. W posłowiu autorka tłumaczy, że głównym wątkiem, na którym się skupiła, była miłość pomiędzy Lalem, a Gitą, bowiem nie chciała dawać czytelnikom kolejnej lekcji historii. Przez to potencjał fantastycznej opowieści nie jest do końca wykorzystany – obrazy obozowych tragedii tylko wzmocniłyby prawidłowy wydźwięk opowieści.

Auschwitz przedstawione jako sielanka

Choć przeczytałam jednym tchem, brakowało mi tych elementów, które potwierdzałyby, jak strasznym miejscem było Auschwitz. Niestety te ciężkie dla odbiorcy momenty – egzekucje i kremacje – można policzyć na palcach jednej ręki. Autorka z lekkością opisuje przebieg meczu pomiędzy więźniami a essesmanami, lecz stroni od przekazania odbiorcy traumy głównego bohatera. To czyni powieść infantylną. Tak mała ilość prawdziwych obozowych obrazów sprawia, że miejsce to wydaje się nie być aż takim piekłem, jakim w rzeczywistości było – Lale z łatwością szmugluje żywność, karmi dziewczyny czekoladą, mężczyznom rozdaje kiełbasę, gra w piłkę, dostaje dokładkę, prosi esesmanów o przysługi, w wolnym czasie uprawia z Gitą seks, a nawet sypie poradami na prawo i lewo, zwracając się do Baretzkiego, z którym nie stroni od żartów i pogawędek. Tak błahe opisanie sytuacji wpływa zdecydowanie na inny odbiór książki. Baretzki, który „zasłynął” niechlubnie jako jeden z najgorszych członków SS w Auschwitz jest tu opisany z dystansem, a nawet pomimo jego gróźb i oddanych z pistoletu strzałów, zdaje się, że postać można polubić. Morris z lekkością pokazuje, że obóz można przetrwać, o ile tylko ma się spryt i szczęście Lalego. Niestety rzeczywistość kształtowała się zgoła inaczej.

Powieść, którą się pokocha albo znienawidzi

Historia Ludwika Eisenberga (tudzież późniejszego Sokołowa) i Gity Furman zapiera dech w piersiach. Historia ich miłości – podkreślam – a nie książka “Tatuażysta z Auschwitz”. To niesamowite świadectwo, że miłość można przetrwać nawet w najgorszych warunkach, bo to ona daje nadzieję i oparcie. Bohaterowie tacy jak Lale i Gita pokazują, że ciężko osądzać więźniów, którzy robili wszystko, by przetrwać. Nie sposób dziś postawić się w ich sytuacji i jednoznacznie ocenić ich postępowania. Sama jednak powieść, „Tatuażysta z Auschwitz”, jest według mnie nie do końca wykorzystanym potencjałem. Morris, podobnie jak dowódcy SS, dostała od Lalego diament – wystarczyło go oszlifować, by błyszczał i zachwycał, tymczasem ona przeczyściła go ścierką i pokazała innym. Zachwyca, ale to zależy z której strony się na niego spojrzy. Jest piękny, ale jednak nie w całości.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: