Jane Austem “Rozważna czy romantyczna” – serce czy rozum?

Co powinna zrobić młoda dziewczyna – iść za głosem serca czy rozumu? Którą rację wybrać – uczucie i namiętność czy roztropność i ostrożność? A może szukać gdzieś po środku – nie unikać namiętności, ale też ostrożnie i powoli, tylko wiedząc, że jest się na pewnym gruncie, dać się jej opanować?
No dobrze, ten problem wcale nie zajmie nam całego dnia, bo szybciej czy później go rozwiążemy i albo zaufamy swojemu sercu, albo temu, co podpowiada nam umysł.
Albo się zakochamy, albo miłość odrzucimy, będąc świadomymi cierpienia, które może przynieść.
Ale schody zaczynają się dopiero, kiedy zamiast jednej młodej panienki, mamy dwie.

rozważna

Skromne, dobre życie

Tytuł powieści, jak i jej treść nie odnoszą się wcale do jednej osoby, jak myślałam, a dwóch. Rozważna Eleonora i romantyczna Marianna są zupełnymi przeciwieństwami, chociaż siostrami. Po śmierci ich ojca, razem z matką są zmuszone opuścić ukochany dom i zamieszkać w małej posiadłości, z dala od miejsca, w którym przedtem mieszkały. Ich przyrodni brat, a zarazem ogromny skąpiec pod pantoflem żony, wbrew obietnicy danej na łożu śmierci swojemu ojcu, wcale nie zapewnia siostrom i macosze takiego bytu, jak obiecał. Wręcz przeciwnie – wypłaca im jedynie małą sumę, będąc przekonanym o tym, że to dla czterech kobiet i tak pokaźny majątek. Panie żyją odtąd skromnie, ciesząc się swoim towarzystwem, dobrą lekturą i muzyką.\

Serce czy rozum?

Dwie z córek pani Dashwood – Eleonora i Marianna – to panny w wieku idealnym do zamążpójścia. Podczas gdy rozważna, jak wskazuje nam tytuł powieści, Eleonora zakochuje się w mężczyźnie skromnym, cichym, opanowanym i odpowiedzialnym, Marianna szuka miłości romantycznej, mężczyzny szarmanckiego, wrażliwego, mającego te same upodobania co ona i potrafiącego zachwycać się szczerze jej talentami, a szczególnie muzyką. Eleonora podchodzi do swojego uczucia do Edwarda racjonalnie i ostrożnie, natomiast Marianna całymi dniami marzy o prawdziwym romantyku, mówi o nim, szuka miłości, aż w końcu niespodziewanie wpada w jej wir. Dziewczyna poznaje swojego wybranka podczas spaceru, kiedy to upada na wzgórzu i skręca nogę w kostce. Znikąd, zdawałoby się, pojawia się, cieszący się nienaganną opinią pan Willoughby, który bez wahania bierze Mariannę na ręce, zanosi do domu i odwiedza każdego dnia, wpierw pod pretekstem zapytania o zdrowie chorej, następnie już bez pretekstu, będąc tak spoufalonym z rodziną. Willoughby zaprzyjaźnia się z paniami Dashwood, a z Marianną zaczyna go łączyć ogromne uczucie. Czy jednak odwzajemnione, czy obustronne, czy szczere i prawdziwe?

Czasem ustala się opinię o człowieku na podstawie tego, co sam o sobie mówił, a jeszcze częściej na podstawie tego, co inni o nim mówili, nie zostawiając sobie czasu na namysł i osąd.

Te młode, ufne kobiety mają się niezwykle rozczarować światem, w którym bardziej liczy się pozycja społeczna i majątek, niż uczucie, miłość. Marianna będzie wylewać hektolitry łez, chorować, mdleć wzdychając do Willougby’ego, Eleonora nie dając nic po sobie poznać, po cichu i w swoim sercu żałować będzie utraconego Edwarda.

Pieniądze mogą dać szczęście tylko tam, gdzie nie może ono przyjść z innego źródła.

Zaskakujące zakończenie

Z pewnością myślicie tak jak ja, że w końcu to Jane Austen, a takie historie o miłości zawsze kończą się dobrze, a więc obie panie odzyskają ukochanych, niesprawiedliwi zostaną ukarani, a dobrzy ludzie będą się cieszyć szczęściem i spokojem aż po kres swoich dni. Zostałam jednak ogromnie przez autorkę zaskoczona, ale pozytywnie. Zakończenie, chociaż nigdy bym na nie nie wpadła, było chyba najlepszym z możliwych. Książka jest ciekawa – ciekawie skonstruowani bohaterzy, ciekawy opis ich uczuć, ciekawe przedstawienie pejzażu Barton i Londynu.
Podsumowując, romans nie banalny, ciekawy, zachwycający, prawdziwy, idealny na samotne wieczory, kiedy nie pozostaje nam nic, jak tylko zatopić się w dobrej lekturze.

Z zakochanymi rzecz ma się inaczej. Oni nie mogą wyczerpać żadnego tematu, oni się nie mogą dogadać, zanim nie powtórzą wszystkiego przynajmniej dwadzieścia razy.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: