Północ, południe w wykonaniu Charlotte Bronte

Powieści sióstr Bronte są doskonałym lekarstwem na mą nostalgiczną duszę. To obowiązkowa lektura w okresie jesiennym, kiedy za oknem szybciej robi się ciemno, a łagodne stukanie deszczu w parapet zagłusza co raz silniejszy wiatr. Zagłębiając się w tej angielskiej klasyce, reszta świata schodzi na drugi plan. Mam wrażenie, że towarzyszę bohaterom niczym cień – razem z nimi zbiegam w dół wrzosowiska i czuję, jak pantofelki mi przemakają, zwiedzam poddasze starego probostwa, czy próbuję rozwikłać rodzinną tajemnicę rodu starego jak świat.

Wśród ulubionych powieści sióstr Bronte śmiało mogę wymienić 2 bezsprzecznie najlepsze: „Lokatorkę z Wildfell Hall” i „Dziwne Losy Jane Eyre”. Ostatnio do tej listy może dołączyć również „Shirley”, której lekturą miałam okazję cieszyć się ostatnimi dniami.

Wbrew temu co sugeruje tytuł, nie ma jednej głównej bohaterki – jest ich aż trójka – Caroline Helstone, Shirley Keeldar i Robert Moore. Kim są te tajemnicze postaci?

Caroline to osoba, która najczęściej pojawia się na kartach tej powieści. Jest to sierota, znajdująca się pod opieką swojego stryja proboszcza. Jej ojciec umarł, kiedy Caroline była jeszcze malutką dziewczynką, przez co w ogóle go nie pamięta, matka zaś zrzekła się opieki nad maleństwem i odeszła, przynosząc sobie tym samym złą sławę. Wszystkie dni Caroline wyglądają podobnie – jej jedyną rozrywką zdają się być książki, dzięki którym potrafi oderwać swoje myśli od otaczającej ją rzeczywistości. Często odwiedza też swoje kuzynostwo – Hortensję i Roberta Moore’ów – chociaż co raz trudniej jest jej ukryć narastające uczucia do Roberta. I chociaż ten również skrycie ją kocha, musi wyjść z długów, a w tym pomóc może mu tylko bogaty ożenek.

Robert jako młody przedsiębiorca, który przybył do Anglii z Flamandii, ma ambitne plany co do rozwoju swojej fabryki. Pragnie sprowadzić więcej maszyn, które zautomatyzowałyby i zmechanizowałyby proces produkcji, to jednak spotyka się z zażartym sprzeciwem mieszkańców miasta. Tracąc pracę w fabryce nie są w stanie zarobić na jedzenie dla siebie i swoich dzieci. Masowo zaczynają knuć przeciw Moore’owi, dopuszczając się w końcu zamachu na życie Flamandczyka.

To właśnie nikt inny, jak Shirley jest tą, która mogłaby wybawić Roberta z opresji – bogata, piękna dziedziczka, z którą ożenek okazałby się trafem w dziesiątkę. Jest to jednak również kobieta dzika i nieokiełznana, która zdolna jest pogardzić najlepszymi kandydatami na męża. Zaprzyjaźnia się z Caroline, wiedząc jednocześnie o planach Roberta wobec niej. Swoje serce oddała jednak ubogiemu Louisowi, swojemu dawnemu nauczycielowi. To właśnie ona – ta lamparcica stała się niewolnicą swojego własnego serca. Jak rozwiążą się losy tej trójki?

Wierzę, że zdolność do bycia szczęśliwym leży w nas samych (…)

„Shirley” jest to powieść przede wszystkim o konflikcie klas rozważona na dwóch sferach: sporu Roberta z robotnikami oraz uczuć, które pojawiły się pomiędzy bohaterami książki, problemu ożenku i wysokości posagu.
Jednocześnie jest to opowieść przesiąknięta ówczesnym systemem politycznym Anglii, ponieważ jej akcja dzieje się podczas epoki wojen napoleońskich, a zwycięstwa i porażki Anglii w walkach są częstym tematem rozmów bohaterów, przedmiotem sporów i aluzji.

„Shirley” być może nie wciąga od pierwszych stron, jednak pod koniec pozostawia czytelnika z uczuciem ogromnej satysfakcji i tęsknoty za tak dobrą książką.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: