Bohatera Jakuba Szapiro czytelnicy doskonale znają z „Króla” – opowieści o Warszawie Polaków i Żydów, Warszawie o dwóch obliczach, Warszawie podzielonej, cichej, smutnej i pięknej, nad którą po cichu przepływał Litani, wieloryb, raz po raz chowający się w chmurach po to tylko, by za chwilę się wynurzyć i swoim bacznym spojrzeniem obdarzyć miasto polskie i miasto żydowskie.
To właśnie tam w zakończeniu Szapiro zdobywa się na decydujący krok – każe pilotowi zawrócić samolot. Król nie chce opuszczać swojego królestwa. Wierzy, że jeszcze odzyska swoją straconą koronę. Niszcząc szansę rodziny na ucieczkę do Palestyny, Szapiro powraca na „stare śmieci”, jednak czasy jego panowania bezpowrotnie minęły. Przekonanie się o tym będzie dla bohatera bolesną próbą.

Kontynuacje mają to do siebie, że często znanych i lubianych bohaterów pokazują nam w zupełnie innym świetle. I o ile Trzech Muszkieterów po dwudziestu latach trochę się zestarzało, nie stracili wigoru, werwy i sprytu, który pozwoli im przechytrzyć każdego, jeśli tylko są razem. Ale inaczej jest już w innej kultowej klasycznej powieści – mam tutaj na myśli „Hrabiego Monte Christo” Dumasa. W początkowej opowieści hrabia jawi nam się jako osobliwe monstrum, które tajemnicę chce odkryć każdy. O jego towarzystwo ubiegają się wszystkie najznamienitsze persony ówczesnego świata, chcąc poczuć blask promieni, które go otaczają. W „Martwej ręce” czytamy jednak o upadku tej legendy, która pada ofiarą własnej niepohamowanej żądzy zemsty. Hrabia ostatecznie zostaje bez niczego, wraca do swojego stanu pierwotnego – na powrót staje się żebrakiem.
Podobną sytuację mamy w „Królestwie”. Bardzo mocno wierzę, że każde dobro do nas wraca, tak samo, jak i każde zło, które wyrządziliśmy drugiej osobie po jakimś czasie atakuje nas ze zdwojoną siłą. Szapiro w przedwojennej Warszawie czuł się jak król – nie było mu równych. Ale wystarczyło parę lat, by to swoje panowanie nad światem zatracił. W momencie kiedy gruby Polak pod eskortą niemieckiego żandarma wchodzi do domu, do którego przeprowadził się z rodziną po śmierci Kaplicy, do Jakuba dociera fakt, że już nigdy nie będzie jak wcześniej. I chociaż stoi naprzeciw niego pełen gniewu, z napiętymi mięśniami i zaciśniętą piersią wie, że za chwilę za prośbą żony potulnie odda klucze i wyjdzie z domu, nie zabierając ze sobą niczego. To będzie pierwsza walka, którą Szapiro przegra.

Narratorów powieści jest dwóch. Są nimi Ryfka i Dawid. Ta pierwsza swoją opowieść snuje z perspektywy nor, w których to po nocach ukrywała się z Jakubem niczym szczur, zastawiając pułapki na podążających za nią Niemców i szukając w opuszczonych domach czegokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. Ma jeden cel: zachować przy życiu Jakuba. Za wszelką cenę. Teraz w końcu jest tylko jej.

Styl opowieści Dawida jest zupełnie inny – on opowiada jak zraniony syn, który nigdy w pełni nie odczuł obecności ojca w rodzinie. Niewiele wie, ale wiele pamięta. Ojciec niewiele go obchodzi. Żaden zły człowiek, którego spotkał nie może równać się z tym, kim był Jakub Szapiro. Życia nauczyła go ulica, przetrwania – przyjaciele. W przeciwieństwie do Ryfki Dawid wcale nie chce, by ojciec tę wojnę przeżył. Jest gotów przyłożyć rękę do jego ostatecznej klęski.

Tak samo jak i Król nie jest dłużej Królem, tak i jego Królestwo nie przypomina Królestwa. Warszawa to już nie pałac, po którym przechadza się Szapiro, to gruzowisko, cmentarzysko, miejsce, które nie da spokoju sumieniu. W bohaterskim geście Szapiro postanowił wstąpić do wojska – wszak nie zamierzał bronić ani żydowskości, ani polskości, lecz jej jedynej – Warszawy. Przeczytawszy obie książki można dojść do wniosku, że to tylko ją kochał, tylko względem tego miasta był w stanie zdobyć się na okazanie jakichś uczyć. On, Szapiro, który był w stanie zamordować swoje kochanki, poszedłby na śmierć dla Warszawy.

Przeczytanie „Królestwa” wzbudziło we mieszane uczucia. Zastanawiałam się nad tym, czy kontynuacja wnosi coś ciekawego i ekscytującego do wrażeń, które pozostawiła we mnie lektura „Króla”. Czy jednak bardziej ekscytował mnie silny Szapiro, będący postrachem Warszawy, czy upadek tego bohatera i uwydatnienie jego ludzkich wad i strachów? Do końca nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem jednak, że gdybym miała wybrać z tych dwóch książkę, do której chcę ponownie wrócić, to byłby nią właśnie „Król”, a nie jego kontynuacja. Choć czyta się ją sprawnie, czytelnik przyzwyczajony do wartkiej akcji, którą napędzał bohater Szapiro, z pewnością w pewnym stopniu dozna rozczarowania.
Po raz kolejny przy twórczości Twardocha (wcześniej takiego stanu doznałam już przy „Balladzie o pewnej panience”) zadaję sobie pytanie co było główną motywacją do napisania tej powieści. Głęboko wierzę, że nie były to nadzieje autora, na znów wysoką ilościowo sprzedaż.

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: