Marlon James “Diabeł Urubu” – świetny debiut Jamajczyka

Debiutancką powieść Marlona Jamesa pt. “Diabeł Urubu” wydawcy odrzucili aż 78 razy. Zaraz po opublikowaniu stało się o niej bardzo głośno – znalazła się m.in. wśród finalistów Los Angeles Times Book oraz Commonwealth Writers’ Prize. W kilkadziesiąt lat później jej autor dostał nagrodę Bookera za „Krótką historię siedmiu zabójstw”. Życie jest zaskakujące, tym bardziej życie opowieści. Kiedy przeczytałam tę informację na okładce zastanawiałam się, jak to się stało, że choć tyle razy sponiewierana przez wydawnictwa, powieść w końcu trafiła do czytelników, a jej autor stał się jednym z kluczowych twórców tej epoki?

Lektura lepka i gęsta

Kiedy przed przystąpieniem do lektury czytałam recenzje o niej, padały w nich często takie słowa jak „lepka”, „gęsta”, „elektryzująca”, „obfita”, „liryczna”. Dziwiłam się przede wszystkim tej gęstości i lepkości – choć temu drugiemu wyrazowi zdecydowanie bardziej. Zaśmiałam się nawet do siebie pytając „W jaki to sposób książka może być lepka?”. A jednak kiedy zaczęłam ją czytać, zrozumiałam do czego odnosi się to wyrażenie. Na nic tu moje tłumaczenie – to zrozumieć można tylko poprzez lekturę debiutanckiej powieści Jamajczyka.

Dotychczas zetknęłam się tylko z jedną książką Jamesa i była nią „Księga nocnych kobiet”. „Krótka historia siedmiu zabójstw” jakoś mi umknęła, za to ta druga pochłonęła mnie całkowicie. Choć czytelnicy mogą narzekać na specyficzny styl i język autora, są one właśnie tym, co wyróżnia go od innych. Poprzez mowę swoich bohaterów Marlon James opisuje Jamajczyków jak nikt inny i czyni z nas cichych obserwatorów, którzy jak jedni z mieszkańców Gibbeah, wytykają nos zza brudnej szyby i obserwują to, co dzieje się na zewnątrz. Doprawdy nigdy chyba jeszcze nie odczuwałam tak silnie, że jestem częścią tej powieści, jak uczynił mi to Marlon James! Co tym razem oczyma wyobraźni pokazuje nam Jamajczyk w najnowszej, wydanej przez Wydawnictwo Literackie, książce?

Gdy przybywa diabeł…

Mieszkańcy Gibbeah żyją tym samym rytmem każdego dnia. Pastor, który sprawuje opiekę nad ich miejscowością – Hector Blight – jest pośmiewiskiem wszystkich. Choć z ambony sam wygłasza górnolotne kazania, sam nie stroni od kieliszka, przez co nadano mu nawet pseudonim „Rum Kaznodziej”. To, że mieszkańcy widzą go śpiącego gdzieś w krzakach, często obnażonego jest na porządku dziennym. Gdy zatem do Gibbeah przybywa ubrany na czarno mężczyzna wraz ze stadem eskortujących go sępników Urubu, zwący się Apostołem Yorkiem, który dosłownie wykopuje Blighta z kościoła, mieszkańcy są przerażeni, ale doznają też w pewien sposób ulgi. W końcu pijaczynę dosięgła ręka bożej sprawiedliwości, a nimi, zbłąkanymi owieczkami, zaopiekuje się ktoś, kto ma podstawy by ich nauczać.

Sekta czy religia? Granica, jak się okazuje, jest cienka

Od tego momentu pastor wiedzie proste życie nad rzeką, staczając się jeszcze niżej, niż był. Gdy goniącego go za bielizną, porwaną przez nurt wody, zauważa żyjąca skromnie wdowa, mocną, babską ręką postanawia postawić pastora na nogi. W tym samym czasie Apostoł na dobre rozgaszcza się w jego kancelarii, jako pomoc biorąc sobie Lucindę o dwóch duszach – dziennej i nocnej, praktykującą obeah, rzucającą klątwy, gotującą mikstury, pełną zawiści, zazdrości, pożądania i namiętności, które biczowaniem próbuje wypędzić ze swojego ciała. Apostoł York pociąga za sobą tłumy, wpajając w ich umysły słowa o pomście i potępieniu, namawiając ich do porzucenia żon, dzieci, rodziców na rzecz Jezusa. Mieszkańcy Gibbeah wstępują za nim na drogę okrucieństwa i przemocy, obłędu, gdzie zadawanie krzywdy sobie nawzajem nie zna końca… Jedyną osobą, która mogłaby go pokonać jest Hector Blight, ale czy ten pijacki wrak człowieka znajdzie w sobie siły, bym dobrem zwalczyć zło?

Doskonały debiut Jamajczyka

„Diabeł Urubu” to świetna, choć niezbyt długa książka. Wciąga czytelnika pomiędzy swe karty, jak i inne powieści tego autora. Osoba niewiedząca, że jest to debiut Marlona Jamesa, po stylu tej powieści i zgrabnej formie, sama z pewnością nie domyśliłaby się tego. Niezwykle cieszy mnie opis folkloru jamajskiej społeczności, bo tak, jak napisałam już wcześniej, jest to część specyficznego, niepowtarzalnego stylu autora. Język, jakiego używa, obfitość przekleństw i wulgaryzmów, podnoszą autentyczność tej powieści. Marlon James ze społeczności Gibbeah stworzył na swój sposób mikrokosmos – świat, poza którym nie ma innego miejsca, niż ta jamajska wieś. Nie docierają do nas bowiem wieści z zewnątrz, poza tym jednym wydarzeniem – przybyciem Apostoła. Ten obłęd, szaleństwo, w którym całkowicie zatracili się wieśniacy z Gibbeah, porywa i nas. Dajemy się zahipnotyzować Marlonowi Jamesowi tak, jak oni dali się omamić Yorkowi. “Diabeł Urubu” nie pozwala o sobie zapomnieć.

Przeczytaj też moją opinię na temat Księgi nocnych kobiet

Z pozdrowieniami,
Kasia

Share: